Netflix z reklamami i… wybrakowaną biblioteką?

Netflix nie może tego roku zaliczyć do udanych. Na wielu rynkach wyrosła mu bardzo silna konkurencja w postaci HBO Max i Disney+, które kosztują mniej, a mają widzom o wiele więcej do zaoferowania. Odpływ użytkowników do owych usług jest już dla giganta mocno odczuwalny. Sytuację ma podobno uratować nowy abonament sprzedawany w niskiej cenie, ale z reklamami. Może się on okazać jednak przysłowiowym „kamieniem u szyi”. Dlaczego?

Popularność serwisów VOD w Polsce / fot. JustWatch

Netflix zaora się sam?

Najnowsze doniesienia wskazują na to, że chcąc płacić niewiele za Netflixa i decydując się – nawet – na abonament przeszywany reklamami (co na dłuższą metę może być dość uciążliwe) otrzymamy dostęp do mocno okrojonej biblioteki serwisu. To nie do zaakceptowania! Przypomnijmy, że Disney+ czy HBO Max za niespełna 30 złotych oferują nam pełen dostęp do swoich zbiorów przeznaczonych na polski rynek.

Biblioteka Netflixa w przypadku najtańszego abonamentu miałaby zostać okrojona z ciekawych tytułów na licencji od studiów takich, jak Warner Bros., Universal i Sony Pictures Television. Serwis musiałby renegocjować z tymi podmiotami umowy na rzecz swojej nowej oferty. A przecież mowa o nielicznych dobrych produkcjach dostępnych w ofercie Netflixa.

Mamy zapłacić, przełknąć wszędobylskie reklamy i jeszcze stracić dostęp do części treści? Ktoś w biurach Netflixa chyba upadł na głowę. Nie dość, że serwis od dłuższego czasu nie oferuje nam dostępu do nowych kinowych hitów na licencji, w zamian racząc nas miernej jakości produkcjami oryginalnymi, to jeszcze próbuje nas namówić na ograniczony pod względem zawartości abonament.

Czytaj też: Prime Video z nowym interfejsem!

Żeby poprawić sytuację Netflixa konieczne jest podjęcie dwóch kroków – zwiększenie ilości produkcji na licencji trafiających na co dzień do serwisu i obniżenie ceny abonamentu z rozdzielczością 4K. Kwota 60 złotych, którą muszą co miesiąc płacić użytkownicy pakietu Ultra HD za usługę to kpina w obliczu ofert HBO Max i Disney+. Oby ktoś u sterów Netflixa zdążył ocknąć się, zanim będzie za późno.