Nothing Ear (3a) – zachwycająca forma i niezłe brzmienie
Marka Nothing od lat udowadnia, że nawet w budżetowym segmencie słuchawek można zaskakiwać wzornictwem. Doskonałym dowodem popierającym tą tezę jest dokanałowy model Ear (3a), który w kończącym się tygodniu trafił na półki sklepowe. Za około 450 złotych dostajemy słuchawki, które wyglądają na znacznie droższy sprzęt. Producent postawił tu oczywiście na charakterystyczną, przezroczystą obudowę, wyraziste wersje kolorystyczne i starannie dopracowane etui. Sprawdziłem, czy Nothing Ear (3a) to rzeczywiście udany kompromis między estetyką a jakością odsłuchu, czy może w tym przypadku forma po prostu wygrała z treścią.
Zawartość zestawu i pierwsze wrażenie
Słuchawki Nothing Ear (3a) są na tyle specyficzne, że już po otwarciu kartonika wiadomo, kto jest ich producentem. Sprzęt bowiem kurczowo trzyma się estetyki, do której marka zdążyła nas już przyzwyczaić. W środku, poza samym etui ze słuchawkami, znajdziemy kabel USB-C do ładowania oraz komplet dodatkowych silikonowych końcówek w rozmiarach XS, S i L (domyślnie założone są M). To zestaw kompletny, bez zbędnych dodatków, jednak niczego też mu nie brakuje.
Projekt etui ładującego przykuwa uwagę od samego początku. Nothing zrezygnowało z dużego, kwadratowego kształtu znanego z wcześniejszych modeli na rzecz bardziej kompaktowej, zaokrąglonej formy przypominającej spłaszczoną kapsułę. Zauważyłem tu spore podobieństwo do wzornictwa Nothing Headphone (1) i myślę, że to świadoma decyzja projektowa londyńskiej marki. Warto odnotować, że zawias działa tu z wyraźnym, satysfakcjonującym kliknięciem. Co ważne – producent serwuje nam tu diodę LED sygnalizującą stan naładowania oraz port USB-C.

Design i wykonanie
Design produktów Nothing jest naprawdę trudny do podrobienia. Ciężko pomylić je z czymkolwiek innym. Trudno się jednak temu dziwić. Producent od lat buduje swoją tożsamość wokół przezroczystej, futurystycznej stylistyki i Ear (3a) nie odstają od tej linii. Same słuchawki mają klasyczną, dokanałową budowę, złożoną z górnej, umieszczanej w uchu okrągłej części z tuleją na silikonową nakładkę oraz podłużnego, w dużej mierze przezroczystego trzpienia. Na trzpieniu naniesiono oznaczenie modelu charakterystyczną dla marki, punktową czcionką, a lewy i prawy kanał oznaczono odpowiednio białą i czerwoną kropką.
Pod względem samego wykonania trudno mieć poważne zastrzeżenia. Zastosowano solidne, twarde tworzywo, a spasowanie poszczególnych elementów jest bardzo dobre, bez wrażenia luzowania się czy trzeszczenia przy nacisku. To sprzęt, który mimo budżetowej ceny nie sprawia wrażenia tandetnego. Warto też odnotować certyfikat szczelności IP54, który oznacza odporność na pot oraz przypadkowe zachlapania. W praktyce przekłada się to na spokojne korzystanie ze słuchawek podczas biegania czy intensywnego treningu na siłowni, choć oczywiście nie należy liczyć na to, że przetrwają one zanurzenie w wodzie.
Obawiam się jednak tylko, że z upływem czasu etui ładujące może mocno zbierać rysy ze względu na to, z jakiego materiału je wykonano.

Komfort noszenia i dopasowanie
Dla wielu osób kluczowy przy wyborze słuchawek dokanałowych jest komfort noszenia. Dla Nothing był to niezwykle ważny aspekt w procesie projektowania Ear (3a). Testowane słuchawki dobrze zakotwiczają się w małżowinie i trzymają się uszu bardzo stabilnie, nawet podczas bardziej dynamicznych ruchów głową. Co ważne – ergonomiczny kształt silikonowych końcówek sprawia, że nie uświadczyłem tu uczucia nieprzyjemnego nacisku czy rozpierania wnętrza kanału słuchowego.
Na co dzień zdarza mi się spędzać wiele godzin ze słuchawkami w uszach. Wynika to z charakteru mojej pracy. Podczas słuchania muzyki i podcastów z Nothing Ear (3a) nie odczuwałem praktycznie żadnego dyskomfortu. Warto jednak pamiętać, że kwestia dopasowania to sprawa bardzo indywidualna i wiele zależy od kształtu konkretnego ucha oraz kanału słuchowego, więc czyjeś doświadczenia mogą się różnić.


Sterowanie i obsługa
Sterowanie Nothing Ear (3a) według zamysłu twórców miało być proste oraz intuicyjne – i takie jest. Całość opiera się na ściskaniu trzpienia słuchawek. Poszczególne gesty można odpowiednio skonfigurować w ramach aplikacji Nothing X – dzięki czemu obsługę sprzętu można w 100% dostosować do własnych preferencji. Poza tym dostępny jest tu m.in. korektor graficzny czy menu związane z aktualizacją oprogramowania słuchawek oraz etui ładującego.
Sam pomysł na sterowanie oparte o ściskanie zamiast klasycznych paneli dotykowych to rozwiązanie – które choć dość nietypowe – ma swoje zalety. Przede wszystkim eliminowane są przypadkowe dotknięcia skutkujące niespodziewanymi akcjami. Tą bolączkę zna każdy właściciel słuchawek sterowanych stricte dotykowo. Bo czy nie zdarzało się Wam wielokrotnie wyłączyć muzyki lub przełączyć utworu podczas poprawiania słuchawki w uchu?

Funkcje unikalne na tle konkurencji
Nothing stawia w przypadku swoich najnowszych słuchawek na unikalne funkcje, które dla wielu osób mogą okazać się faktycznie przydatne na co dzień. Niezwykle ważną kwestią jest tutaj to, że producent wyposażył słuchawki w 32 megabajty wbudowanej pamięci flash – po 16 megabajtów na każdą słuchawkę – co pozwoliło wdrożyć dwa nietypowe jak na ten segment rozwiązania.
Pierwszym z nich jest Audio Snapshot. To funkcja, którą Nothing porównuje do wykonywania zrzutu ekranu, tylko w wersji dźwiękowej. Kiedy słuchamy ciekawego fragmentu podcastu, wykładu czy utworu i chcemy go zachować, wystarczy jednocześnie uszczypnąć obie słuchawki. Ear (3a) potrafią wtedy zapisać do trzydziestu sekund dźwięku, przy czym część nagrania obejmuje moment sprzed wykonania gestu, a część czas już po nim. W praktyce działa to sprawnie i jest to rozwiązanie, którego rzeczywiście nie znajdziemy w większości konkurencyjnych modeli. Warto jednak mieć świadomość dwóch ograniczeń. Funkcję można aktywować wyłącznie wtedy, gdy nie korzystamy z kodeku LDAC. Poza tym niezbyt imponująca długość nagrania w pewnym stopniu ogranicza jej praktyczne zastosowanie w wielu codziennych scenariuszach.
Drugą, równie ciekawą funkcją jest możliwość bezpośredniego nagrywania rozmów telefonicznych oraz spotkań, bez konieczności sięgania po smartfon. Za pomocą odpowiedniego gestu można rozpocząć nagrywanie trwające do około dwóch godzin, a wszystkie nagrania automatycznie synchronizują się z aplikacją Nothing X, gdzie można je odsłuchać, edytować, udostępnić, a nawet przetranskrybować. To funkcja, która może się realnie przydać osobom prowadzącym dużo rozmów służbowych czy spotkań.
Obie te funkcje pokazują, że Nothing stara się wyróżnić Ear (3a) nie tylko wyglądem, ale też konkretną, praktyczną wartością dodaną. Nie są to funkcje, bez których nie da się żyć, ale ich obecność w słuchawkach za niecałe pięćset złotych zasługuje na uznanie, zwłaszcza że konkurencja w tym segmencie zwykle skupia się wyłącznie na podstawach.


Jak grają słuchawki Nothing Ear (3a)?
Za brzmienie Nothing Ear (3a) odpowiada duży, 12-milimetrowy przetwornik, który ma zapewniać czysty dźwięk i mocny bas. Słuchawki obsługują wysokiej jakości przesyłanie muzyki (w tym świetny kodek LDAC dla Androida), co w tej cenie jest rzadkością. Przekłada się to jednak na stabilne brzmienie podczas testów – niezależnie od gatunku odtwarzanej muzyki. Fabrycznie sprzęt jest jednak zestrojony bardzo rozrywkowo – niskie tony mocno wysuwają się na pierwszy plan, a w najniższych rejestrach bas potrafi momentami brzmieć wręcz nieco mechanicznie. Na szczęście osoby wolące bardziej naturalne, zrównoważone brzmienie mogą łatwo to skorygować za pomocą rozbudowanego korektora graficznego we wspomnianej wcześniej aplikacji Nothing X.
ANC i tryb transparentny
Pomimo deklarowanej przez producenta szerokopasmowej aktywnej redukcji szumów na poziomie do 45 dB, w praktyce Nothing Ear (3a) wypada pod tym względem przeciętnie. Dopiero najwyższy z czterech trybów ANC przynosi zauważalne efekty, radząc sobie głównie z monotonnym szumem tła, ale przepuszczając głosy czy odgłosy miasta. W tej półce cenowej konkurencja oferuje skuteczniejsze wyciszenie. Dostępny tryb transparentny działa po prostu poprawnie i spełnia swoje zadanie w codziennych sytuacjach, choć nie zapewnia w pełni naturalnego brzmienia otoczenia.
Łączność i jakość połączeń
Słuchawki Nothing Ear (3a) oferują stabilną łączność dzięki nowoczesnemu standardowi Bluetooth 6.0. Jest tu też bezbłędnie działający tryb multipoint, który pozwala na płynne przełączanie się między dwoma urządzeniami (nawet przy aktywnym kodeku LDAC). Opóźnienia dźwięku są niezauważalne podczas oglądania filmów, choć minimalny rozjazd pojawił się w moim przypadku w wymagających grach mobilnych. Z kolei jakość połączeń głosowych, wspierana przez trzy mikrofony z algorytmami AI, wypada w codziennych warunkach bez zarzutu – rozmówcy słyszeli mnie wyraźnie, a jakość głosu spadała zauważalnie dopiero przy silnym wietrze lub dużym hałasie otoczenia.

Bateria i czas pracy
Słuchawki Nothing Ear (3a) oferują satysfakcjonujący czas pracy między ładowaniami, który relatywnie pokrywa się z deklaracjami producenta. Maksymalny czas pracy między ładowaniami potrafi sięgnąć 10 godzin pod warunkiem, że nie korzystamy z ANC. Po włączeniu tej funkcji da się wyciągnąć bite 6 godzin pracy. Dołączone do zestawu etui ładujące potrafi uzupełniać energię w takim stopniu, że łącznie da się uzyskać do 42 godzin ładowania (25 godzin, jeśli korzysta się z ANC). Ładowanie przebiega szybko i sprawnie. Pełne uzupełnianie energii etui trwa około 70 minut. Warto natomiast odnotować, że już 5 minut z ładowarką wystarcza na 1 godzinę odtwarzania. To ważna informacja dla zabieganych.
A może coś od konkurencji?
Gdzie szukać alternatywy, jeśli futurystyczny design i podbity bas to nie Twoja bajka? Nothing Ear (3a) w swoim przedziale cenowym mają dwóch bardzo poważnych rywali. W ich przypadku producenci nie stawiają na przyciągające wzrok wzornictwo, ale jednocześnie nie rezygnują z rozwiązań odpowiadających za całkiem solidne brzmienie. Soundcore Liberty Buds oferują konstrukcję douszną. Będą więc idealnym wyborem dla osób, które po kilku godzinach z dokanałówkami czują dyskomfort. Specjalne stabilizatory świetnie trzymają te słuchawki w uszach, a zaawansowane algorytmy AI i system mikrofonów robią z nich genialne narzędzie do rozmów i telekonferencji. Z kolei Sony WF-C710N ANC stawiają na minimalizm i maksymalną dyskrecję. Japończycy postawili na wyjątkowo lekkie, zaokrąglone kopułki, które wręcz wtapiają się w ucho, oraz na zrównoważone, liniowe brzmienie wspierane technologią DSEE. Tutaj dźwięk jest czysty, naturalny, co docenią fani bardziej tradycyjnego, uniwersalnego grania.
Czytaj też: Oto Nothing Phone (4b). Wygląda obłędnie, kosztuje grosze i pokochają go młodsi użytkownicy!
Podsumowanie
Nothing Ear (3a) to słuchawki, które najlepiej opisuje właśnie tytuł tej recenzji. Forma rzeczywiście zachwyca, bo przezroczysta obudowa, efektowne etui i staranne wykonanie sprawiają, że trudno uwierzyć, że mówimy o sprzęcie za niecałe 500 złotych. Do tego dochodzą unikalne funkcje w postaci Audio Snapshot i nagrywania rozmów, wsparcie dla LDAC oraz rozbudowana, dobrze zaprojektowana aplikacja Nothing X. Brzmienie jest solidne i satysfakcjonujące, choć mocno basowe z natury, a jego finalny kształt w dużej mierze zależy od tego, ile czasu poświęcimy na dostrojenie equalizera. Do tego dochodzi wygodne, stabilne dopasowanie w uchu, które pozwala nosić te słuchawki godzinami bez dyskomfortu. Oczywiście nie obyło się bez wad. Słuchawki mogą nie spodobać się „tradycjonalistom”, a materiały z których wykonano etui wzbudzają obawy o szybkie zużycie. W ogólnym rozrachunku jest to jednak kawał dobrego sprzętu, który może namieszać na rynku.
Cena: 449 zł

Grafika tytułowa: Nothing

