Tides of Tomorrow – plasticpunk w najlepszej odsłonie
Tides of Tomorrow to fascynująca, choć momentami klaustrofobiczna opowieść o świecie, w którym nasze błędy stają się balastem dla innych. Studio DigixArt udowadnia, że asynchroniczny multiplayer może być czymś więcej niż tylko zostawianiem napisów na „wodzie”, tworząc gęstą sieć narracyjnych powiązań w samym środku oceanicznej apokalipsy.
Po sukcesie Road 96, które było swoistym listem miłosnym do kina drogi i wolności, francuskie studio DigixArt postanowiło porzucić asfalt na rzecz bezkresnych i niezbyt czystych wód planety Elynd. Tides of Tomorrow nie jest jednak prostą kontynuacją tamtej formuły, lecz jej ewolucją w stronę „plasticpunku” – wizji świata, w którym po wielkiej powodzi ludzkość zmaga się z Plastemią, chorobą zamieniającą tkankę żywą w martwe tworzywo sztuczne. Gra debiutuje na początki 2026 roku jako ambitny projekt, który ma sprawdzić, czy rzeczywiście potrafimy współpracować, gdy nikt nie patrzy nam na ręce, a nasze decyzje wpływają na stan świata zupełnie obcych nam osób. To duchowy następca gier kładących nacisk na moralność, ale podany w sosie, który smakuje jak połączenie ekologicznego manifestu z thrillerem psychologicznym.

Niezbyt wymagająca
Zanim jednak zanurzymy się w meandrach fabuły, spójrzmy na to, co otrzymujemy w pakiecie. Jako że mamy do czynienia z wersją na PC, instalacja zajmuje około 25 gigabajtów, co przy dzisiejszych standardach „puchnących” gier AAA jest wynikiem wręcz kojącym dla dysków SSD. Minimalne wymagania sprzętowe są dość łaskawe, prosząc jedynie o procesor klasy Intel Core i5-4460 oraz kartę GTX 1060, jednak by w pełni docenić grę świateł na falującym plastiku, warto uzbroić się w RTX 2060 Super lub nowszą jednostkę. Sama bryła świata gry opiera się na eksploracji dryfujących platform i wysp za pomocą motorówek oraz skuterów wodnych, co wymaga od gracza przyzwyczajenia się do specyficznej, nieco pływającej fizyki pojazdów. Interfejs użytkownika jest minimalistyczny i elegancki, starając się nie zasłaniać widoku na horyzont, który w tej produkcji jest jednym z najważniejszych bohaterów.
Przeczytaj tez: John Carpenter’s Toxic Commando – krew, pot i hordy zombiaków

Plastikowy świat
Pod kątem wizualnym Tides of Tomorrow kontynuuje estetykę znaną z poprzednich dzieł studia, stawiając na stylizowaną, lekko karykaturalną grafikę, która maskuje techniczne niedoskonałości i pozwala skupić się na klimacie. Planeta Elynd jest piękna na swój przerażający sposób, oferując paletę barw nasyconą neonowymi błękitami i zgniłymi zieleniami, co idealnie oddaje dualizm oceanu – źródła życia i miejsca kaźni. Modele postaci mają swój unikalny charakter, a ich mimika, choć uproszczona, potrafi przekazać więcej emocji niż fotorealistyczne twarze w niejednej produkcji wysokobudżetowej. Dźwiękowo gra stoi na wysokim poziomie, serwując nam ambientowe szumy wody przeplatane niepokojącymi dźwiękami pękającego plastiku oraz świetnie nagranymi dialogami, które budują więź z napotkanymi postaciami.

Asynchroniczny typ
Prawdziwym sercem rozgrywki jest system Story-Link, czyli asynchroniczny tryb wieloosobowy, który w praktyce oznacza, że świat, do którego wchodzimy, został już w jakiś sposób urządzony przez innego gracza. Możemy śledzić poczynania naszych znajomych lub popularnych streamerów, widząc ich „Echa” – duchy przeszłości pokazujące, jakimi ścieżkami podążali i jakie decyzje podejmowali. Jeśli gracz przed nami postanowił okraść lokalną społeczność Reclaimerów, my zastaniemy ich wrogo nastawionych i gotowych do walki, co drastycznie zmienia dynamikę misji. To rozwiązanie sprawia, że każda sesja jest unikalna i zmusza do ciągłej adaptacji, a humorystyczne momenty wynikają często z faktu, że nasz poprzednik okazał się kompletnym egoistą, zostawiając nam po sobie jedynie zgliszcza i puste skrzynie na zasoby.
Przeczytaj tez: Rynek The Sims 4 już dostępny. Twórcy modów mogą zarabiać oficjalnie, a wkrótce skorzystają też gracze konsolowi | CoNowego.pl

Ekoświadomość
W porównaniu do konkurencji, takiej jak chociażby seria Subnautica, Tides of Tomorrow kładzie znacznie mniejszy nacisk na przetrwanie w sensie biologicznym jak zbieranie tlenu czy jedzenia, a większy na ekologię społeczną i konsekwencje moralne. Podczas gdy produkcje od Unknown Worlds skupiają się na samotności i technologii, DigixArt idzie w stronę Death Stranding, budując system wzajemnych, niewidocznych zależności między ludźmi. Gra nie jest wolna od wad, takich jak okazjonalne problemy z detekcją kolizji podczas parkowania łodzi czy nieco powtarzalne questy typu „przynieś, podaj, pozamiataj”, ale nadrabia to gęstą atmosferą i autentycznym zaciekawieniem tym, co czeka nas za kolejną falą. Optymalizacja na PC jest stabilna, choć przy gęstszej mgle i większej liczbie efektów cząsteczkowych klatkaż potrafi nieznacznie chrupnąć nawet na mocniejszych konfiguracjach.


Podsumowując
Tides of Tomorrow to pozycja obowiązkowa dla fanów gier narracyjnych, którzy szukają czegoś więcej niż liniowej opowieści z dwoma zakończeniami. To ambitny eksperyment socjologiczny ubrany w szaty przygodówki FPP, który bawi się z graczem w kotka i myszkę, pokazując, że najgroźniejszym potworem w oceanie nie jest wielki rekin, lecz brak empatii u drugiego człowieka. Trochę smutne, ale prawdziwe. Gra kosztuje obecnie około 115 złotych w standardowej edycji cyfrowej.


