Wiadomość ukryta w negatywnym świetle. Słucham…?!
To będzie dobre: „Naukowcy użyli negatywnego światła, żeby wysłać tajną wiadomość ukrytą jako promieniowanie cieplne tła” Rozumiesz? Ja nie zrozumiałem i musiałem solidnie się wgryźć – ale było warto. Zobaczysz!
Na początek to „negatywne światło”: „negative luminescence” to zjawisko będące „złym bratem bliźniakiem” elektroluminescencji, czyli emisji fotonów pod wpływem przepływu prądu. Pojawia się gdy diody o odwróconej polaryzacji praktycznie zasysają elektrony z otoczenia, przez co emitują mniej promieniowania cieplnego, niż powinny przy swojej temperaturze, a więc… „świecą ujemnie”.
Jak w ten sposób przesłać wiadomość? Tak samo, jak zwykłą diodą, czyli migając (modulując siłę światła): zwiększając i zmniejszając emisję. I tu pojawia się genialna część tego pomysłu: czujniki mierzące promieniowanie podczerwone, czyli ciepło, działają dość „wolno”, odnotowując powolne zmiany – bo tak zmienia się ciepło, nie da się ogrzewać i chłodzić szybciej. Tymczasem w przypadku użycia diod z negatywną luminescencją nie chłodzimy nic, one tylko emitują „negatywne” ciepło, więc można „migać” nimi bardzo szybko. Tak szybko, że te zwykłe czujniki w ogóle nie widzą tego migania, a jeśli odpowiednio zrównoważyć emisję dodatnią i ujemną, nie zobaczą zupełnie nic, bo uśredniony sygnał będzie dla nich nieodróżnialny od szumu tła! Nie tylko nikt nie może odczytać wiadomości, ale nikt nawet nie wie, że ona tam jest, nie jest w stanie jej zauważyć! Genialne.
Zespół Michaela Nielsena z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii, który opracował tą metodę jest w stanie przesyłać w ten sposób dane z szybkością do 100 kilobitów na sekundę bez żadnej wykrywalnej zmiany temperatury w obrazie termicznym – słabiutko – ale w zasięgu możliwości jest osiągnięcie megabitów na sekundę, a po udoskonaleniu sprzętu, nawet przyspieszenie do gigabitów.
A wracając do tego „negatywnego światła” – czy tylko ja mam skojarzenia z ćmiatłem z „Lodu” Dukaja?

