Duke Nukem Forever – gorzki smak legendy

W krótkiej historii elektronicznej rozrywki przygody atomowego Księcia odegrały niebagatelną rolę. Nietuzinkowe pomysły, wyjątkowa, jak na tamte czasy interaktywność i dosadne poczucie humoru przyniosły grze Duke Nukem status legendy. Po 14 długich latach produkcji nasz napakowany bohater powraca. Niestety nie jest w najlepszej formie udowadniając tym samym, że niektórych rzeczy nie powinno się reanimować.
Już dawno przestałem się łudzić, że przyjdzie taki dzień, w którym Duke Nukem Forever pojawi się na półkach sklepowych. Od pierwszych zapowiedzi tej gry minęło bowiem kilkanaście lat. W tym czasie wiele zmieniło. Rynek ewoluował, a gracze pamiętający „dawne czasy” zdążyli wydorośleć. Tymczasem 3D Realms cały czas, z uporem maniaka dłubało przy swojej najważniejszej produkcji co rusz zmieniając silniki i zaczynając prace niemal od zera. W końcu w 2009 roku świat obiegła wiadomość o bankructwie studia. Duke Nukem Forever poszedł do piachu, ale czy ostatecznie? Otóż nie, bo rok później prawa do tytułu przejęła firma Gearbox Software, twórcy uznanej serii Brothers in Arms i ciepło przyjętego Borderlands. Ogłoszenie wznowienia prac było już tylko formalnością. Koniec końców 10 czerwca 2011 roku stała się rzecz niesłychana – najdłużej powstająca gra w historii wreszcie się ukazała. I na tym koniec dobrych wieści, bo to co otrzymaliśmy ma się nijak do szumnych zapowiedzi, których przez lata nagromadziło się sporo. O dziwo jednak, gra rozpoczyna się całkiem ciekawie powracając do zdarzeń znanych z poprzedniej części przygód atomowego księcia. Walka z ostatnim bossem przywołuje wspomnienia i daje całkiem niezłego kopa.


Dynamiczny wstęp to jednak początek równi pochyłej, po której coraz szybciej zsuwa się legenda tej serii. Nie pomaga ani fabuła opowiadająca o kolejnym ataku obcych próbujących odegrać się na ludzkości porywając najładniejsze ziemskie panienki, ani obcesowe poczucie humoru twórców gry ani tym bardziej konstrukcja poziomów czy schemat rozgrywki. I trudno się temu dziwić skoro wszystko wygląda tu jak bezkształtny zlepek wielu pomysłów z różnych epok historycznych. No może nieco przesadzam, ale przy tak długim procesie produkcji  inaczej nie można tego nazwać. Gearbox najwyraźniej nie dał rady połączyć tworzonych z mozołem od 14 lat fragmentów gry w jedną, sensowną całość. Przykładem tej przedziwnej różnorodności mogą być poszczególne misje, wśród których oprócz zwykłych starć z przeciwnikami znalazło się sterowanie bezprzewodowym autkiem, strzelanie ze stacjonarnego działa, kierowanie monster truckiem, a nawet pokonywanie w zminiaturyzowanej postaci zalanej wodą kuchni . Brzmi to całkiem nieźle? Niestety to tylko pozory.




Misjom brakuje polotu, a i emocji jest w nich jak na lekarstwo. Co gorsze, gdy nawet nowemu Dukowi uda się wykrzesać z siebie nieco energii w bardziej przebojowych momentach to zostaje ona skutecznie rozproszona przez następujące po nich dłużyzny. Zamiast strzelania szwendamy się po pustych lokacjach szukając wyjścia. Wygląda to tak jakby za wszelką cenę starano się sztucznie wydłużyć czas rozgrywki nie przejmując się rażącym brakiem większych wyzwań. Dobrze chociaż, że zdarzają się momenty, które podładowują nasze akumulatory do dalszej zabawy.

Archaiczność systemu rozgrywki widać także w przyjętym schemacie posiadania w danej chwili jedynie 2 broni. Nie byłoby w tym może niczego nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że cały arsenał zamyka się bodaj w 8 różnych ich rodzajach. Oczywiście do tego dochodzą bomby aktywowane pilotem, miny i gole pięści naszego bohatera. Sami przyznajcie – nie jest zbyt dużo, szczególnie jak na dzisiejsze standardy.



#break#
Nieco lepiej udało się oddać specyficzny charakter postaci Duke’a. Wystarczyło zmienić pasek jego zdrowia na pasek rozdmuchanego Ego, które podnoszone jest poprzez wykonanie konkretnych czynności takich jak choćby podziwianie w lustrze swojego boskiego odbicia czy podnoszenie ciężarów godnych księcia. Niezłym dodatkiem wydają się również typowe dla naszego bohatera wspomagacze. Możemy więc strzelić sobie dużego browarka  podnosząc na krótką chwilę wytrzymałość naszego herosa albo łyknąć garść sterydów, które doładują power w jego wielkich łapskach.  Zupełnie inną kwestią jest przydatność tych przedmiotów podczas normalnej rozgrywki. Najczęściej bowiem spokojnie radzimy sobie z kolejnymi przeciwnikami. Raz, że nie ma ich za dużo, a dwa – że nie są oni zbyt bystrzy. Sytuacje ratują tu ogromni bossowie. Walka z nimi potrafi być prawdziwym wyzwaniem. I to nie tylko poprzez poziom trudności takich batalii ale także długie czasy ładowania po ewentualnym śmiertelnym zejściu. Oczekiwanie na ponowną próbę potrafi sięgnąć nawet 20-25 sekund co skutecznie wystawia naszą cierpliwość na próbę. A mówiłem już, że gra ma irytujący system zapisu naszych postępów? Nie? No to teraz mówię. W Duke Nukem Forever zastosowano prymitywny system zapisu stanu gry opierający się na punktach kontrolnych. Chyba nie trzeba nikomu wyjaśniać jak to wpływa na zabawę.



Na koniec nie wypada nie wspomnieć o oprawie graficznej gry. No cóż, po tak wielu latach i obietnicach każdy z nas chciałby, aby kultowy Duke prezentował się godnie. Niestety, także i tutaj twórcy dali ciała. Kiepskiej jakości tekstury, słabe i mało szczegółowe modele postaci (no może oprócz piersiJ) i przerażająco puste lokacje to przykra rzeczywistość. Miejscami może się nawet wydawać, że część z tych elementów pamięta jeszcze pierwsze lata produkcji.




Wszystko razem przekłada się na jeden wniosek – po tylu latach czekania Duke Nukem Forever zawiódł na całej linii. Tytuł ten już dawno stracił swój pierwotny blask i tylko prawdziwi fani po cichu liczyli na spektakularny powrót kultowego bohatera. Niestety, mocno się przeliczyli. Co prawda w grze da się odczuć specyficzną atmosferę dawnych produkcji , ale to stanowczo za mało, aby przetrwać zderzenie z rzeczywistością.  Widać wyraźnie, że gra potrzebowałaby jeszcze co najmniej roku na doszlifowanie. Nie mówiąc oczywiście o oprawie graficznej, która nie tyle trąci myszką co wali nią z kilometra. Dlatego też wydanie tego tytułu w obecnej formie  to jak cios patelnią prosto w twarz skuszonego obietnicami gracza. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta mało interesująca papka zlepiona naprędce z gotowych wcześniej elementów służyć miała tylko jednemu celowi – bezceremonialnemu skokowi na naszą kasę. I choć gra potrafi dać odrobinę przyjemności przywołując wspomnienia to jednak z pewnością nie jest to warte obecnej ceny. I żarty pokroju rzucania „brunatnym klockiem” wyciągniętym prosto z muszli klozetowej po ścianach czy trącania narośli obcych przypominających piersi nie zdadzą się tu na nic. Nawet niewybredne teksty  Duke’a wypowiadane pamiętnym głosem Johna. St. Jona nie są w stanie uratować tej gry.  Szkoda, bardzo szkoda.

Plusy:Minusy:
– powrót legendy
– zwariowany, choć nieco prostacki humor
– kilka ciekawych lokacji
– niskie wymagania sprzętowe
– zlepek kilku ciekawszych pomysłów z całym mnóstwem bezsensownych
– niedopracowana mechanika rozgrywki
– kiepska oprawa graficzna
–  mało ciekawy tryb wieloosobowy z toporną mechaniką
– spadająca na łeb na szyje grywalność

Grafika: 2,5/5
Dźwięk: 3/5
Grywalność: 2,5/5

Ocena ogólna: 2,5/5