Parlament Europejski przegłosował cenzurę Internetu. Zareagujcie!

Niestety, Unia Europejska wykonała właśnie znaczący krok w stronę cenzury internetu. Komisja Parlamentu Europejskiego 20 czerwca przegłosowała artykuł 13 (automaty cenzurujące) w stosunku 15:10 oraz artykuł 11 (podatek od linków) w stosunku 13:12. Teraz dyrektywa trafi na salę plenarną i jest jeszcze nadzieja na to, aby proponowane zmiany odrzucić. Powtarzamy: głosowanie nie jest jeszcze ostateczne i wszyscy mamy szansę zareagować!
Aby protestować, musicie być jednak świadomi tego, co Unia Europejska tak naprawdę chce wprowadzić. Mówiąc krótko: internet zostanie postawiony na głowie. Czytajcie.

Zakaz linkowania – artykuł 11

Kontrowersje wywołuje brzmienie dwóch artykułów prawa, które ma za zadanie, przynajmniej w teorii, chronić własność intelektualną i przyczynić się do utworzenia Jednolitego Rynku Cyfrowego. Artykuł 11 mówi o podatku od linkowania, który tak naprawdę… podatkiem nie jest. Przepisy zakładają, że wydawcy będą mogli pobierać opłaty nawet za krótkie fragmenty utworów wykorzystywane przez wyszukiwarki, agregatory wiadomości, a nawet… portale społecznościowe. Niektórzy wydawcy dążą do tego, aby za umieszczane w tych miejscach treści należały się im określone pieniądze. Absurd? Historia pokazuje, że tak.
Warto przypomnieć, że podatek od linkowania przyjęto w 2013 roku w Niemczech, gdzie zupełnie się on nie sprawdził. Na mocy ustanowionego prawa, wyszukiwarki odprowadzać powinny opłaty licencyjne za wykorzystywanie fragmentów tekstów dłuższych „niż pojedyncze słowa lub krótkie fragmenty tekstów”. Google w reakcji nie tylko nie zapłaciło, ale ograniczyło widoczność treści wydawców, którzy w nadziei na łatwy zarobek wystosowali przeciwko gigantowi pozew zbiorowy. Jednym z pozywających była firma Axel Springer, która nie tylko wycofała się szybko z pozwu, ale udzieliła darmowej licencji na treści.
Podobne prawo przyjęto w Hiszpanii. Skutek? Google zamknęło usługę Google News, przeciwko czemu głosowali… wydawcy, oburzeni postawą giganta. Ci uważali, że Google nie ma prawa usunąć usługi z rynku i powinno im płacić za udostępniane tam treści. Skutek? Strata hiszpańskich wydawców.
Skąd nazwa „zakaz linkowania”? Cóż, niemal każdy adres linku zawiera opis zawartości strony – udostępnienie go w takiej postaci będzie mogło wiązać się z koniecznością poniesienia opłaty. Jedynym rozwiązaniem dla udostępniania informacji w tej postaci byłoby wykupowanie licencji na treści wydawców, na przykład przez serwisy społecznościowe, co znacząco osłabiłoby pozycję niewielkich serwisów.
Jeśli prawo zostanie wprowadzone, korekty wymagały będą przepisy prawa związane z prawem cytatu, które znajdują się na ewidentnym kursie kolizyjnym z proponowanymi zmianami.
Jak wielkie zmiany w polskim internecie wprowadzi zakaz linkowania? Mówi o tym choćby Michał Białek, właściciel Wykop.pl w swoim wywiadzie dla Wirtualnej Polski:

„Gdyby nie agregaty linków, wyszukiwarki czy miejsca do dzielenia się linkami, to portale informacyjne straciłyby ogromny odsetek użytkowników. Wykop ma miesięcznie 7,5 mln użytkowników. Większość z nich nigdy sama z siebie nie weszłaby na portale, do których znajdują linki u nas. A dzięki wejściom na te strony ich właściciele zarabiają na odsłonach reklam. Na zasadzie darmowego linkowania korzystają wszyscy.”

Automaty cenzurujące internet – artykuł 13

Artykuł 13 dyrektywy mówi wprost o cenzurze internetu. Jego brzmienie zakłada stworzenie automatów cenzurujących, które sprawdzałyby wszystkie treści umieszczane w sieci przez internautów jeszcze przed publikacją. Doprowadzi to do faktycznego zakazu udostępniania piosenek z YouTube, tworzonych memów, bazujących na popularnych obrazkach i zakazania wrzucania do sieci wielu innych treści, którymi na co dzień żyje internet. Tutaj również praktyka pokazuje, że takie automaty działają fatalnie. Przykładów daleko szukać nie trzeba, ot, YouTube.
O tym, co nam grozi po wprowadzenie artykułu 13 dowiemy się między innymi od inicjatorów akcji changecopyright.org, którzy nakłaniają internautów do protestowania przeciwko proponowanym zmianiom:

„Ten wniosek oznacza całkowitą eliminację zrównoważonego prawa autorskiego, czyniąc wszystkie otwarte serwisy odpowiedzialnymi za działania ich użytkowników i wymuszając konkretny model biznesowy (tzn. licencjonowanie), a także narzucając przymusowe filtry, bez oferowania zabezpieczenia dla wyjątków od prawa autorskiego ani dla praw użytkowników.

Środki te w praktyce wymagałyby monitorowania i filtrowania wszystkiego, co obywatele europejscy przesyłają do usług udostępniania treści, począwszy od serwisów społecznościowych (takich jak Twitter i Facebook), przez serwisy dla twórców (jak YouTube, DeviantArt, SoundCloud i Tumblr), witryny informacyjne (jak np. Wikipedia i Internet Archive), a skończywszy na repozytoriach oprogramowania open source (takich jak GitHub). Odpowiedzialność za ocenę naruszeń praw autorskich i wprowadzania w życie za nie kar spadłaby na dostawców usług. Zarówno duże, jak i małe firmy ponosiłyby odpowiedzialność za treści używane i udostępniane przez ich użytkowników.”

Co zrobić, jak protestować, jak zgłębić swoją wiedzę na temat proponowanych zmian?

O prawa internautów w Unii Europejskiej walczy m.in. Julia Reda z niemieckiej Partii Piratów. Na jej stronie internetowej można śledzić na bieżąco postęp dyskusji i prac nad dyrektywą.
Co możemy zrobić jako Polacy i jako internauci, aby przeciwstawić się cenzurze internetu? Kontaktować się z europosłankami i europosłami i przekazać swoje obawy na temat nowego prawa. Dzięki temu możemy wpłynąć na to, jak zagłosują oni w Parlamencie Europejskim. Zachęcają do tego między innymi twórcy akcji Change Copyright na swojej stronie.
Można także udać się na stronę Save Your Internet, gdzie po wypełnieniu wniosku można skontaktować się z przedstawicielami MEP z całej Europy i wyrazić swój sprzeciw. Treść zostanie wygenerowana automatycznie, choć możemy go wpisać także swoimi słowami. To kolejny ze sposobów wywarcia presji na polityków.
Pełny tekst omawianej dyrektywy znajdziecie w serwisie EUR-LEX.europa.eu.